Nauka gry w szachy, czyli jak zostałem Legią Warszawa

Tak, też się zastanawiam jak do tego doszło. Jeszcze pod koniec zeszłego roku rozgrywałem zupełnie solidne partie z opozycją o rankingu 1600 i więcej GLICKO 2. Perspektywy miałem zachęcające, gra wyglądała sensownie, mój poziom taktyczny powoli, ale stabilnie wzrastał. Ale nic nie może wiecznie trwać. Zamiast ruszyć na łowy rankingowych punktów, zostałem najbardziej wdzięcznym dawcą owych. Co ciekawe, najgorsze dopiero miało nadejść – skończyło się długą separacją z królewską grą.

Z wymówkami jest jak tak, że każdy ma jakieś w zanadrzu. Ale przerabiałem to już kilka razy i nie będę Wam opowiadał co, jak i dlaczego. Słaby wynik jest zwyczajnie słaby i nie widzę sensu, żeby się usprawiedliwiać. Wobec siebie trzeba być przede wszystkim szczerym. Czasem do bólu nawet.

Podobno nie ma już słabych szachistów internetowych 😉

W ramach terapii uraczę Was jednak skrótową retrospekcją z tych strasznych dni. Apogeum szachowej traumy przypadło na początek maja. Piękna katastrofa! Za oknem słoneczna pogoda, a ja pochylony nad monitorem zaliczam kolejne wpadki. Zniechęcenie narasta, żądza odkucia się wzrasta, godziny mijają. Rozegrałem  ze 3 turnieje (słownie: trzy) na lichess.org – dokładnie ile nie pamiętam, mechanizm wyparcia zadziałał u mnie sprawniej niż liczenie wariantów 😉

Ostatecznie straty w morale były bardziej dotkliwe niż te rankingowe. I właśnie to był jeden z przyczynków mojej przyszłej – trwającej niemal trzy miesiące – absencji na szachowych polach bitewnych. Jeśli nie masz motywacji to nie graj. Bez tej pasji i zacięcia, żeby komuś szachowo złoić skórę, do gry wkrada się niecierpliwość i automatyzm. Potem jest szczere zdziwienie – jak mogłem tego nie zauważyć, jak mogłem tak podstawić, dlaczego dałem się wciągnąć w dziką wymianę ciosów, etc. etc.

Drugim powodem przerwy była praca, a w zasadzie jej spory nadmiar. Pozwólcie jednak, że tego wątku nie rozwinę, bo raczej nikogo z czytających to nie interesuje. Poza tym kaman, praca to standardowa wymówka.

Parafrazując kpiny o piłce nożnej i piłkarzach mógłbym nieco stępić ostrze autokrytyki. Mówiąc o moim szachowym Dundelange (kiedyś mówiło się o Waterloo, ale stołeczna drużyna wytyczyła nowe standardy kulturowe) mógłbym wszystko zamaskować śmiechem. W pewnym sensie jest to rozwiązanie wdzięczne, ale jutro rano i tak wstanę z poczuciem, że zostałem Legią Warszawa amatorskich szachów online.

Czas na redempcję

To oficjalne, ale niczego nie zapowiadam. Raz już poczyniłem szumne deklaracje szachowe, a dziś teściowa kumpla wytyka mnie palcem i kpi, że z taką grą nie mam szans nawet na turnieju w domu seniora. Niestety ma rację.

Z drugiej strony nawet sporadyczne prowadzenie bloga szachowego wymaga pewnego ekshibicjonizmu. Wypada więc jednak coś zdeklarować, żeby nie zostawić was z niedosytem. Uda mu się, nie uda? Pięknie zawalił czy jeszcze piękniej zdobył triumf?

Tylko co deklarować skoro król jest nagi?

No dobrze, powoli wracam do grania. Od paru-kilku tygodni coś już przesuwam po szachownicy. Wyniki jeszcze słabe, albo nie takie jakich bym sobie winszował, ale powoli zdzieram rdzę ze zwojów mózgowych odpowiedzialnych ze przechowywanie struktur wiedzy o grze w szachy. Boli, piecz, Idzie opornie, ale idzie. Co ważniejsze, mam znowu całą masę radości z gry. Na tym etapie to jest dla mnie najważniejsze.

Kolejny raport wkrótce. Możecie życzyć mi powodzenia, bo nigdy nie wiadomo co się przyda 😉

Reklamy

2 comments

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s