Niewolnik rankingu, czyli wracam do punktu wyjścia

Pamiętacie jak nie tak dawno podniecałem się udanym szturmem na ranking powyżej 1500? No właśnie, teraz jestem krok od zapisania się na terapię dla rankingowych perwertów. GLICKO kajdanki, FIDE pejcze, punktowe afrodyzjaki. Podobno połowa sukcesu to przyznać się do uzależnienia, potem już jest łatwiej. Co ciekawe ta moja mentalna wiwisekcja przyszła mi o wiele łatwiej niż przed rokiem, kiedy zaszurałem po dnie szachowych punktacji. Obyło się bez typowego dla pięciolatków tupania nogami i odmowy przyjmowania posiłków 😉 Nauka jednak nie poszła w las. W las poszedł natomiast mój ranking.

Jest jak jest. Po dzisiejszym laniu wylądowałem na 1470. Wczoraj byłem nawet na 1508. Wszystko fajnie, ale to nie ma sensu w takim układzie, w którym moje myślenie o szachach jest determinowane przez GLICKO-opium. Zatraciłem się w tej numerologii, a sens szachów jest zupełnie gdzieś indziej. Z perspektywy postronnego widza wszystko to może wydawać się śmieszne, ale dla podmiotu tych zapasów potrzebna jest odpowiednia perspektywa I tutaj z pomocą przychodzi mi moja natura refleksyjna.

Szachy to projekt na lata

Na samym początku tego szachowego bloga napisałem, że w życiu – po zakończeniu przygody z futbolem amerykańskim – zabrakło mi adrenaliny. Pojawiły się bitwy czarnych z białymi, krew zaczęła znowu szybciej krążyć. Potem jeszcze doszła refleksja, że dobrych wyników w królewskiej grze nie osiągnę grając kompulsywnie, tu potrzeba było większego planu. Nie planu A lub B, zwyczajnie dobrego pomysłu na powolny, ale stabilny postęp. Zacząłem regularnie trenować.

Po niecałym roku wracam do punktu wyjścia, ale robię to świadomie. W ostatnim miesiącu popełniłem ciężki grzech pychy, bo te złamane 1500 pozwoliło mi uwierzyć, że mam patent na ciągły wzrost, może nawet geometryczny. Do tego jeszcze kult rankingu. Święta naiwności, bo tak wymagająca dziedzina jak gra w szachy nie dopuszcza drogi na skróty. Ranking to nie wszystko, realna siła szachowa liczy się znacznie bardziej. I to fundamentalne założenie musiałem znowu wyciągnąć na światło dzienne, tak żeby mieć ten właściwy drogowskaz. Przed rokiem powiedziałem sobie na głos, że szachy to projekt na lata. Nie na rok lub dwa. To projekt na 10 lub 20 lat, jak Stwórca pozwoli i zdrowie dopisze. Najjaśniejszy płomień spala się najszybciej, a ja lubię szachy i chcę się nimi cieszyć przez długi czas.

Prawo wielkich liczb i zdrowy rozsądek

Jak tylko przebiłem mityczną linię oporu 1500 na rankingu GLICKO2 poczułem się trochę jak Nikoś Dyzma. Dostałem się na przyjęcie dla wybranych, ale wiedziałem, że tak na prawdę nie jestem jeszcze z tej ligi gentelmenów (tak, mam świadomość, że dla doświadczonych amatorów 1500 to jawna niepowaga, ale punktem odniesienia jest moja rzeczywistość). Używając mniej egzaltowanego języka, miałem świadomość, że za chwilę będę się musiał zmierzyć z prawem wielkich liczb dedykowanym dla szachistów amatorów. Bo te kilka wygranych partii to raczej statystyczna anomalia, a nie prawidłowość. Na prawidłowość trzeba zapracować, a z tym ostatnio różnie bywało. Nie zamierzam się usprawiedliwiać, po prostu dopiero teraz dostrzegam jakiej uległem iluzji.

Realną siłę szachisty można zweryfikować tylko na podstawie odpowiedniej ilości rozegranych partii, z odpowiednio silnymi przeciwnikami. To dlatego mecz o szachowe mistrzostwo świata rozgrywany jest na dystansie 12 partii, a i tak niektórzy narzekają, że to nie oddaje realnego układu sił. Prawo wielkich liczba raz jeszcze, tym razem w wersji dla zawodowców.

Co dalej?

A co ma być? Dzisiaj pójdę wcześniej spać, a przedtem pewnie obejrzę kwartę lub dwie futbolu amerykańskiego. W końcu dziś NFL Sunday Night Football, można się trochę odmóżdżyć i zrelaksować. Od jutra na spokojnie przemyślę co zmienić w treningu szachowym przy ograniczonych zasobach czasowych. Jedno jest pewne, zmienić trzeba będzie sporo, bo ostatnimi czasy moje ćwiczenia pozostawały wiele do życzenia. Monotonia, rutyna, spoczynek na laurach i takie tam. Jeśli coś ma zostać poprawione muszę zastosować nowe podejście, ale wcześniej będę musiał zrobić szczery rachunek sumienia. Jak? Przejrzę rozegrane partie z ostatnich dwóch miesięcy i postaram się odnaleźć najczęstsze błędy i niedociągnięcia. Potem ustalę ramowo jak to poprawić.

Czeka mnie sporo pracy 🙂 ale tak jak mówiłem, szachy traktuję to jak odskocznię od codziennej rutyny. Poza tym jest szansa, że dowiem się czegoś o sobie. I to może być jeszcze ciekawsze.

Prośba do czytelników

Jeśli masz pomysły, wskazówki lub chcesz mi podpowiedzieć jak mogę zacząć trenować bardziej efektownie to zapraszam do komentowania. Przyjmuję wszystkie opinie, za które z góry dziękuję 🙂

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s